
Pierwsze kroki, urodziny, wakacje, zabawna mina przy śniadaniu. Dla rodzica to chwile, którymi naturalnie chce się podzielić z bliskimi – a dziś często także ze znajomymi w mediach społecznościowych. Jedno zdjęcie raczej nie budzi naszych wątpliwości. A jeśli przez kilka lat takich zdjęć, filmów i informacji pojawią się setki? Gdzie przebiega granica między dzieleniem się rodzicielską codziennością a tworzeniem cyfrowej historii dziecka bez jego udziału?
Ten ostatni przykład wiąże się ze zjawiskiem, które nosi nazwę sharenting – od angielskich słów share (dzielić się) i parenting (rodzicielstwo).
Czym jest sharenting?
Posługując się definicją Anny Brosch, sharenting to upublicznianie przez rodziców wielu szczegółowych informacji o swoich dzieciach w postaci zdjęć, filmów i postów za pośrednictwem mediów społecznościowych. Istotne są trzy kryteria, które pomagają rozpoznać to zjawisko: obecność szerokiego grona odbiorców, możliwość zidentyfikowania dziecka oraz potencjalne ryzyko dla małoletniego. Nie chodzi więc o przesłanie zdjęcia z urodzin babci i cioci czy sporadyczne udostępnienie rodzinnej fotografii. Problem zaczyna się wtedy, gdy internet staje się miejscem regularnego publikowania wielu informacji z życia dziecka – często takich, na których udostępnienie ono samo nie ma wpływu.
Kiedy publikowania jest za dużo?
Warto poznać też różne formy tego zjawiska. Jedną z nich jest oversharenting, czyli nadmierna aktywność rodziców w mediach społecznościowych i publikowanie bardzo dużej liczby zdjęć, filmów oraz informacji dotyczących dziecka.
Inną formą jest parental trolling. Dotyczy sytuacji, gdy rodzice za pośrednictwem mediów społecznościowych kompromitują, ośmieszają lub upokarzają swoje dziecko. Mogą to być na przykład zdjęcia z krępujących sytuacji, filmy pokazujące silne emocje albo prywatne historie publikowane dla rozbawienia odbiorców.
Za formę sharentingu uznaje się także czerpanie przez rodziców korzyści finansowych z publikacji z udziałem dzieci – na przykład w reklamach czy materiałach sponsorowanych.
Nie każda publikacja przedstawiająca dziecko jest więc problemem. Warto jednak zastanowić się nad skalą, treścią i tym, kto może ją zobaczyć.
Cyfrowy ślad dziecka powstaje bardzo wcześnie
Dlaczego jest to tak poważny problem? Zacznijmy od tego, że w internecie nic nie ginie, a po każdym z nas zostaje cyfrowy ślad. W przypadku dzieci ten ślad często zaczynają tworzyć rodzice – zanim dziecko samo może zdecydować, co chce o sobie pokazywać innym.
Rodzice kreują jego wizerunek w sieci, pewną narrację, na którą główny zainteresowany przez długi czas nie ma wpływu. Te wszystkie treści mogą zostać później odnalezione przez znajomych, kolegów ze szkoły, partnera czy inne osoby z jego otoczenia.
Wyobraźmy sobie nastolatkę, której kolega z klasy odnajduje stare posty publikowane przez jej mamę. Są tam zdjęcia z dzieciństwa, opowieści o trudnych momentach, informacje o zdrowiu czy filmy pokazujące ją podczas płaczu. Dla rodzica były to kiedyś zwykłe elementy codzienności. Dla nastolatki mogą stać się źródłem wstydu albo materiałem do wyśmiewania. W rezultacie dziecko może doświadczyć przemocy – na przykład poprzez krzywdzące komentarze pod zdjęciami, tworzenie memów czy ośmieszanie.
Warto też pamiętać o kwestiach bezpieczeństwa. Publikowanie wielu informacji o dziecku może ułatwiać zebranie danych na jego temat, a jego zdjęcia czy wizerunek mogą zostać wykorzystane bez wiedzy i zgody rodziny.
Hejt dotyczy nie tylko dzieci
Hejt może dotyczyć nie tylko dzieci, ale i matek, które publikują treści związane z macierzyństwem. Krytyka wobec kobiet pokazujących swoje życie rodzinne w sieci jest coraz częstsza, a poczucie anonimowości i brak bezpośredniego kontaktu sprzyjają wyśmiewaniu i obrażaniu.
Czy zawsze stoją za tym osoby, które same nie miały styczności z rodzicielstwem? Okazuje się, że nie. Bardzo często niepochlebne komentarze są publikowane przez inne matki. Na krytykę kobiety są szczególnie narażone na grupach facebookowych, gdzie pytają o różne rodzicielskie kwestie – żywienie, sen, zdrowie, rozwój czy wychowanie dzieci.
Miejsca, które w założeniu mają służyć wymianie doświadczeń i wsparciu, mogą szybko zmienić się w przestrzeń oceniania. Jedna osoba pyta o problem, druga dzieli się własnym doświadczeniem, a kolejna pisze już nie o samym zachowaniu, ale o tym, że ktoś jest „złą matką”, „nie nadaje się do wychowywania dzieci” albo „powinien się wstydzić”. W tym kontekście można mówić również o mom shamingu – publicznym zawstydzaniu i ocenianiu matek ze względu na podejmowane przez nie decyzje dotyczące dzieci.
Kiedy krytyka zmienia się w hejt?
Nie każda nieprzychylna opinia jest hejtem. Czym innym jest napisanie: „Nie zgadzam się z tym sposobem postępowania, ponieważ…”, a czym innym wyśmiewanie, obrażanie czy atakowanie drugiej osoby.
W polskiej przestrzeni internetowej funkcjonuje między innymi określenie „madka” – pejoratywne określenie matki przedstawianej jako roszczeniowa, uciążliwa dla otoczenia czy przekonana, że macierzyństwo uprawnia ją do specjalnego traktowania. Problem pojawia się wtedy, gdy zamiast odnosić się do konkretnego zachowania, zaczynamy ośmieszać człowieka i przypisywać mu określone cechy tylko dlatego, że należy do danej grupy.
Powstają też odrębne grupy czy profile, których celem jest wyśmiewanie publikowanych przez innych treści. Wtedy krytyka przestaje być rozmową o zachowaniu, a staje się publicznym zawstydzaniem.
Zanim klikniesz „opublikuj”
Zjawisko sharentingu pokazuje, jak cienka bywa granica między naturalną potrzebą dzielenia się rodzicielską codziennością a naruszeniem prywatności dziecka. W świecie, w którym publikowanie treści stało się normą, szczególnej wagi nabiera odpowiedzialność dorosłych za cyfrowy ślad najmłodszych. Nie chodzi o to, żeby całkowicie zrezygnować z publikowania rodzinnych zdjęć. Warto jednak przed kliknięciem „opublikuj” zadać sobie kilka pytań:
Czy moje dziecko chciałoby, żeby inni zobaczyli tę treść?
Czy zdjęcie lub opis ujawniają informacje, które powinny pozostać prywatne?
Czy na podstawie posta można ustalić, gdzie dziecko mieszka, uczy się albo regularnie przebywa?
Czy ta treść może kiedyś zawstydzić moje dziecko albo zostać wykorzystana do jego wyśmiewania?
Czy opublikował(a)bym podobne zdjęcie dorosłej osoby bez jej zgody?
Warto też – jeśli dziecko jest już w stanie wyrazić swoje zdanie – po prostu zapytać je, czy zgadza się na publikację. To od świadomości i rozwagi rodziców zależy, czy internet stanie się dla ich dzieci przestrzenią bezpieczną, czy źródłem przyszłych trudności. Czasem przed publikacją wystarczy jedno proste pytanie: czy ta historia należy tylko do mnie, czy również do mojego dziecka?
Warto przeczytać i posłuchać
Poradnik dla rodziców: „Sharenting i wizerunek dziecka w sieci”
https://www.zs32.bydgoszcz.pl/images/pdf/rok_2024_2025/poradniki_dla_rodzicow/Poradnik_dla_rodzic%C3%B3w_Sharenting_i_wizerunek_dziecka_w_sieci.pdf
Wywiad: „Sharenting, czyli wyzysk dzieci w sieci. To naprawdę proste!”
Paulina Januszewska rozmawia z Łukaszem Wojtasikiem.
Źródła
Brosch A., Sharenting: Why Do Parents Violate Their Children’s Privacy?, „The New Educational Review” 2018, nr 4, s. 75–85.
Denys-Starzec A., Czy rozpowszechnianie wizerunku małego dziecka w internecie krzywdzi? O perspektywie prawnej rozpowszechniania wizerunku małego dziecka w internecie, „Dziecko Krzywdzone. Teoria, badania, praktyka” 2022, t. 21, nr 3, s. 159–177.
Łazińska J., Macierzyństwo w mediach społecznościowych – analiza zjawiska, „Zbliżenia Cywilizacyjne” 2024, t. 20, nr 2, s. 83–123.
Maniszewska-Ejsmont J., Sharenting a prawa dziecka – rozważania nad władzą rodzicielską w dobie mediów społecznościowych, „Palestra” 2022, nr 4, s. 73–89.